Menu Zamknij

Plany Lady V. na 2021

Jest taki moment w roku, gdy wszędzie pełno o podsumowaniach i planach noworocznych. Gdzie nie spojrzysz, tam albo dobre rady, albo ambitne cele, albo wręcz przeciwnie – chwalenie się tym, że nie robi się celów.

U mnie z tymi postanowieniami noworocznymi bywa różnie. Owszem, lubię sobie podsumować ostatni rok i spojrzeć z nadzieją w przyszłość, zwłaszcza to drugie potrafi mnie naładować energią i napędzić do działania. Jednocześnie jednak nauczyłam się nie przywiązywać aż takiej wagi do akurat tego okresu. Uwielbiam myśleć w cyklach sezonowych, w zeszłym roku starałam się również bardzo mocno pilnować kwartalnych podsumowań. Bo choć nie były imponujące, to przynajmniej nie dawały mi poczucia, że kompletnie nic nie robię, co w czasach pandemii często ratowało mi samoocenę.

Większość moich podsumowań lądowało w BuJo, ale w pewnym momencie trafiłam na wpis Oli (Pani Swojego Czasu), w którym pokazała nie tylko swój sposób planowania roku, lecz przede wszystkim napisała, że tworzy takie posty dla celów kronikarskich. Ej, to naprawdę do mnie przemówiło! Dobrze jest co roku sprawdzić nie tylko, co osiągnęłyśmy a co przestało być dla nas ważne, ale też czy i w jaki sposób modyfikujemy swoje podejście do tego tematu. Dlatego mimo że nie jestem żarliwą orędowniczką robienia listy noworocznych celów, postanowiłam jednak napisać taki „typowy” post, do którego sama z ciekawością zajrzę za niespełna dwanaście miesięcy.

Publikuję podsumowanie i plany chyba najpóźniej ze wszystkich osób w internecie. Oczywiście zrobiłam je wcześniej, po prostu musiałam przepisać na komputerze. Za to data jest cudowna (uwielbiam takie niezwykłości) – i po prostu nie mogłam sobie darować wrzucenia poniższego mema. Nie jest mojego autorstwa, ale jeśli znasz twórcę, z chęcią umieszczę go/ją w podpisie ^^’

Mem ze strony https://besty.pl/4072257

Podsumowanie 2020

Nie będę ukrywać, to podsumowanie mnie zabolało, choć nie w każdym punkcie na szczęście. Ponieważ nie stworzyłam podobnego wpisu rok temu, ciężko jest się do niego odnieść, dlatego wyjątkowo pozwolę sobie jedynie na krótki komentarz. Pandemia, a raczej wszelkie wprowadzone w związku z nią obostrzenia (na temat których chwilowo daruję sobie wypowiedź, bo nie chcę się denerwować), całkowicie mnie pokonały w sposób, którego się nie spodziewałam. Przeszłam kilka psychicznych kryzysów, musiałam porzucić większość planów, a do tego zaczęłam tak źle sypiać, że nie mam zbyt dużo energii na jakiekolwiek działanie. Nawaliłam z kilkoma rzeczami, o części wręcz zapomniałam, jakby mój organizm bronił się przed nadmiarem wszelkich bodźców także i w ten sposób. Jednocześnie jednak nigdy wcześniej nie miałam takiego wglądu w siebie i w to, co może dziać się z moim układem nerwowym, jakich reakcji mogę spodziewać się w określonych okolicznościach i jak się do nich przygotować, by zminimalizować negatywne skutki. Choćby z tego powodu nie uważam nawet najgorszych momentów w 2020 za zupełnie warte zapomnienia. 

Oprócz tego uczyłam się elastycznie podchodzić do planu dnia i tego, co zamierzam robić. Bardzo szybko okazało się bowiem, że czasu i sił mam tyle, co kot napłakał. Jeśli chciałam ruszyć cokolwiek do przodu, pozbyć się wrażenia marnowania kolejnych tygodni, potrzebowałam znaleźć na siebie sposób. Trochę to trwało, nie ukrywam, wreszcie jednak nauczyłam się zmniejszać swoje oczekiwania i raczej być mile zaskoczoną, jeśli zrobię więcej. Co więcej, jestem gotowa zmieniać swój sposób działania niemal z tygodnia na tydzień, dostosowując się między innymi do sytuacji rodzinnej. Dlatego też plany na 2021 zrobiłam sobie w trzech wersjach. Wersja minimalna to jest coś, co już mnie całkowicie usatysfakcjonuje. Wersja optymalna to już byłaby niesamowita radocha, zaś wersja maksimum… to by było całkowite wariactwo. Ale hej, jak szaleć, to na całego! 😉 

Plany na 2021

Postanowiłam rozpisać wersję najbardziej nieprawdopodobną, żeby było to spektakularne. Przy czym ja naprawdę wiem, że to powinno wyglądać inaczej. I prezentuję te rozdmuchane plany zupełnie świadomie, ponieważ miałam mnóstwo radochy tworząc je właśnie takimi. Na koniec wpisu jednak pokażę też trochę bardziej realne liczby, bo zupełnie na głowę nie upadłam. Choć z drugiej strony jeśli bym poszła po całości i osiągnęła sukces… 😉

A zatem oto wersja maksimum:

1. Napiszę i wydam powieść przygodową z dozą fantastyki i wątkiem romantycznym w tle (inaczej mówiąc: oficjalnie zadebiutuję).

2. Wezmę udział w konkursie literackim jednego z wydawnictw.

3. Dokończę dwie powieści zaczęte podczas NaNoWriMo 2017 oraz NaNoWriMo 2018.

4. Napiszę cztery opowiadania. 

5. Napiszę do końca „Przeznaczenia i przypadki” na Wattpadzie.

6. Zacznę kolejny projekt na Wattpadzie.

7. Przeprowadzę trzy edycje warsztatów pisarskich „Główne punkty fabuły”.

8. Zaprojektuję i przeprowadzę przynajmniej jedną edycję kolejnych warsztatów pisarskich.

9. Napiszę 12 e-booków (to nie jest tożsame z ich wydawaniem ^^).

10. Napiszę 50 wpisów na blog.

11. Napiszę 50 newsletterów.

12. Wydam 4 Zeszyty Pisarskie.

13. Wydam Planer Pisarski.

Jako że kocham liczbę trzynaście, w tym miejscu urwę moją listę. Tym bardziej, że pozostałe rzeczy wiążą się już odrobinę mniej z pisaniem, albo po prostu nie jestem przekonana, czy znajdę dla nich przestrzeń w swoim życiu, które i tak właśnie zapycham pod korek. No bo umówmy się – napisanie tego wszystkiego zaczyna oscylować w granicy pół miliona słów, a to już brzmi całkiem poważnie. I jest całkiem poważne. Wymaga ogromnej regularności, której nie mogę jeszcze sobie zagwarantować, do tego czasu i energii. Samo pisanie szacuję średnio na jakieś dwie godziny dziennie. Codziennie. Od razu uprzedzę wszelkie pytania: tyle czasu wolnego właściwie nie mam, ponieważ poza pisaniem muszę zajmować się również innymi sprawami. Marzy mi się na przykład przeczytanie 52 książek w ciągu roku, bo ostatni raz zrobiłam to w 2017. Albo powrót do tematu podcastowania. Chcę też ruszyć temat rozwoju naukowego, tylko jeszcze nie jestem pewna, jak go ugryźć. O takich sprawach jak zadbanie o swój organizm to nawet nie będę tu wspominać. Tym bardziej, że akurat na tym poletku mam naprawdę mnóstwo do zrobienia.

Oprócz tego mam mocne postanowienia związane z moją stroną (muszę naprawdę pomyśleć nad zmianami, bo mam już zupełnie inny układ w głowie, a to się wiąże też z szablonem), z kontem na Instagramie oraz z grupą, którą założyłam na Facebooku. Przyznaję, że nieco obawiam się, czy mnie to nie przytłoczy, ale pracuję nad swoimi nawykami i docelowo też systemami działania, więc efekty będę mogła oceniać w trakcie i reagować na bieżąco. Być może w przyszłym roku rozpiszę się na ten temat bardziej, teraz już dość.

Tymczasem podsumuję sobie raz jeszcze plany, ale tylko te w których faktycznie piszę, i trochę je urealnię, zaznaczając opcję minimum/optimum/maksimum. Sama jestem ciekawa, co z tego osiągnę w ciągu najbliższych miesięcy.

Moje plany okołopisarskie na 2021, wersja zbiorcza:

  • napiszę 2/3/4 książki
  • napiszę 2/3/4 opowiadania
  • napiszę 6/8/12 e-booków
  • dokończę „Przeznaczenia i przypadki” na Wattpadzie
  • napiszę 20/35/52 posty na blog
  • napiszę 26/39/52 newslettery
  • stworzę 50/100/150 postów na Instagramie (tak dorzucam, aby nie zapomnieć i mieć co porównywać w podsumowaniu 2021)
  • wydam 2/3/4 Zeszyty Pisarskie
  • wydam Planer Pisarski

I kiedy spoglądam sobie na te moje listy, dochodzę do wniosku, że wszystko jest naprawdę w moim zasięgu. Nawet te mocno wyśrubowane liczby nadal są osiągalne. I co najciekawsze, chcę przynajmniej spróbować. Nawet jeśli nie zrobię tego wszystkiego, to przynajmniej będę mogła spojrzeć na zapisane przeze mnie słowa i z dumą stwierdzić, że trochę tekstu mimo wszystko powstało i jest nad czym pracować.

A Ty podzielisz się ze mną swoimi nawet najbardziej szalonymi planami?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *